
Zaloguj sięnie masz konta? Zarejestruj się
Nowość!!! - Konkurs rozstrzygnięty! - Poznaj zwycięską wyprawę
Zaczęło się wczoraj jak w zwyczajną niedzielę, taka "leniwa niedziela" jak śpiewał K. Daukszewicz, ale to były tylko pozory. Nikt nie przeczuwał, że czeka na nas morze i nie odkryte, dziewicze, nietknięte ludzką stopą lądy i zatoki z plażami pełnymi tajemnic. Skoro już znależliśmy morze i zapakowaliśmy na naszą łajbę prowiant i wodę (lukozada i sok jabłkowy) niestety zapomnieliśmy o rumie, czas było wypłynąć. Nikt nas nie żegnał na kei, nikt nam nie pomachał załzawioną chusteczką do nosa (przypis autora), ale byliśmy twardzi jak prawdziwe wilki morskie. Brzeg oddalał się coraz bardziej, nie oglądaliśmy się za siebie, wiosłowaliśmy mocno, rytmicznie, w nadziei, że ląd do, którego dopłyniemy okaże się bogaty w bogactwa. Płynęliśmy z wiatrem, poprzez fale, woda morska zalewała nam oczy, ale my niezłomnie parliśmy do przodu, czasem tylko ktoś "szpetnie zaklął po francusku" z brzydkim grymasem na twarzy.
Kiedy już straciliśmy nadzieję, że zobaczymy ponownie ląd, ktoś zawołał (chyba Agnieszka) "ziemiiiiia". Nie masz pojęcia jaka to radość, po prawie godzinie wiosłowania zobaczyć znowu ląd. Radość nasza była ogromna, dobiliśmy do brzegu, mogliśmy ponownie stanąć prawie suchą nogą na ziemi. Ziemia okazała się w sumie mała, coś około 10m2, ale kto by na to zważał, to była nasza plaża i to my ją odkryliśmy, nie było tylko żadnych tubylców i nie było kogo cywilizować, ale może to i lepiej, by my też z tym ucywilizowaniem czasami szfankujemy.
Po zabraniu bogactw, wyruszyliśmy w drogę powrotną. po ustaleniu kierunku powrotu, a zdania były podzielone, z obrażonymi minami wypłynęliśmy na pełne morze. Płynęliśmy chyba w dobrą stronę, bo wiało nam wbrew tzn. w twarz. Dopiero teraz okazało się ile w nas z tego "wilka morskiego" fala się wzmogła, wiatr i słona woda siekła nas po twarzy. Na szczęście "w tych okolicznościach przyrody" nikt nie widział łez, które uparcie cisnęły się do oczu. My tzn. Waldek i ja, Ci fizyczni, wiosłowaliśmy ile sił w naszych wątłych ramionach, a Agnieszka modliła się żarliwie o zmianę pogody. no i ... zdarzył się cud: wiatr ustał, morze ucichło i szczęśliwie wróciliśmy do naszego rodzinnego portu, z którego wypłynęliśmy tak dawno temu. rozładowaliśmy nasze skarby, doszło do drobnego incydentu przy podziale, ale o tym nie będę wspominał, bo i po co? Cali i szczęśliwi wróciliśmy do domu z pierwszej wyprawy odkrywczej. na pewno nie ostatniej.