
Zaloguj sięnie masz konta? Zarejestruj się
Nowość!!! - Zwycięska wyprawa!! - Brazylia dla zakochanych
![]()
26 grudnia, drugi dzień świat w klimatach greckich, które wcale nie kojarzą się z Bożym Narodzeniem. Tego roku jest wyjątkowo ciepło; temperatury powyżej 200C i piękna słoneczna pogoda. Korzystając z tego greckiego świątecznego słońca postanawiamy zrobić sobie wycieczkę. Naszym celem jest Nafplio, piękna nadmorska miejscowość na północy Peloponezu i co nie każdy wie, pierwsza stolica Grecji po odzyskaniu niepodległości od 1829 roku do 1834 roku.
Po drodze zatrzymujemy się w Koryncie i podziwiamy kanał koryncki, który jest granicą części kontynentalnej Grecji i półwyspu peloponeskiego. Oczywiście nie obyło się bez zdjęć z kanałem w tle, z czego „kanał” nie był zachwycony, myśląc: „ile można … tych zdjęć”
Jesteśmy już na Peloponezie i wypatrując drogowskazów próbujemy znaleźć drogę, która tak jak my zmierza do Nafplio. Nie jest to takie proste, ale pociechą są sady drzew pomarańczowych, które właśnie dojrzały i wręcz proszą się, aby zatrzymać się i zrobić „cytrusową sjestę”.
W końcu udaje nam dotrzeć do celu naszej wyprawy i tak jak się spodziewaliśmy: jest słońce, morze i oczywiście problemy z zaparkowaniem samochodu; nie tylko my postanowiliśmy zrobić sobie wycieczkę. Główną atrakcją Nafplio, nie licząc oczywiście morza jest twierdza obronna Palamidi, pozostawiona w prezencie przez Wenecjan, którzy w czasach Bizancjum pomieszkiwali na tych terenach. Twierdza owa jest usytuowana dość wysoko i dlatego aktualnie wspinamy się, aby tam dotrzeć. Podobno prowadzi tam 1000 stopni, chociaż już dawno pogubiliśmy się w liczeniu. Ciężko było, słońce wcale nam nie pomagało, ale udało się i zmęczeni podziwiamy piękną panoramę miasteczka z morzem w tle. Sama twierdza, no cóż lekko niekompletna ale i tak robi wrażenie. Próbujemy cofnąć się w czasie i wtedy … robi dużo większe wrażenie. Oszołomieni i zmęczeni schodzimy na dół tzn. w związku z kończącym się dniem, chcemy jeszcze poszwędać się trochę wąskimi uliczkami, popodglądać wystawy sklepowe i ewentualnie coś zjeść w jakiejś tawernie. Nawet nie zauważyliśmy jak zrobiło się ciemno, okazało się wtedy, że w tutaj również dotarły święta, zapaliły się ozdoby i znaleźliśmy nawet na centralnej platiji choinkę. Od razu zrobiło się nam weselej, chociaż czas już było kończyć tę naszą „świąteczną” wyprawę.
Do Aten wracamy już prawie w nocy, gdzie tez już świątecznie, ale i tak myślę, że następne święta czas spędzić w Polsce, gdzie mimo wszystko, jest większa szansa na śnieg i trochę szczypiącego w uszy mrozu.
![]()
Wczesny poranek, słońce dopiero co wzeszło, przez uchyloną szybę samochodu wlatuje rześkie powietrze, a my w drodze na przeprawę promową. Szalony pomysł, środek tygodnia, a my płyniemy na Evię, ale z drugiej strony, co jest warte życie bez odrobiny szaleństwa. W każdym razie, nie ma już odwrotu, jesteśmy na promie i płyniemy na najbliższą grecką wyspę, jednocześnie jedną z największych, zaraz po Krecie. Trochę niedocenianą, nawet przez Greków, może dlatego, że jest za blisko.
Po 20 minutach wyjeżdżamy już z portu i bez mapy, bez planu, jedziemy przed siebie. Wyspy mają ten plus, że raczej trudno zabłądzić, w najgorszym wypadku będziemy jeździć w kółko, aż skończy się paliwo, a póżniej … chodzić na piechotę, tez w kółko. To był ten czarny scenariusz, który na szczęście się nie sprawdził. Ludzie tzn. tubylcy są bardzo życzliwi i chętnie nam opowiadają, gdzie i co warto zobaczyć, w końcu przestaliśmy się pytać, bo przyszłoby nam spędzić tutaj całe wakacje, a my przyjechaliśmy tylko na rekonesans. Szukamy morza i ciekawych plaż, oczywiście to żart, na wyspach z reguły są plaże i morze, nawet trochę w nadmiarze, jeżeli nie ma, to … chyba nie jesteśmy na wyspie.
Zatem ustaliliśmy, jesteśmy na wyspie, jedziemy wzdłuż brzegu i szukamy plaż. No i tu zaczęły się schody, jak można czegoś szukać, co wcale nie musi być szukane. Plaż na Evi jest stanowczo za dużo i wszystkie są ciekawe, musimy się w końcu na jakąś zdecydować, ale na którą? Na szczęście skończyła nam się droga, dosłownie i w przenośni, a zaraz za nią zaczynała się plaża. Uznaliśmy to za znak, a z drugiej strony byliśmy już zmęczeni, bo poszukiwania są bardzo męczące, i czas był najwyższy na poleniuchowanie, w końcu miało być też przyjemnie, a nie tylko pożytecznie. Plaża, na którą dotarliśmy, była piaszczysta, co jest rzadkością w Grecji, woda przezroczysta, co akurat nie jest rzadkością w Grecji, no i jak tu nie korzystać z tych wszystkich dobrodziejstw natury. Kąpiel w stanowczo za ciepłej wodzie, opalanie na stanowczo za ciepłym piasku, jednym słowem totalna „rozpusta” oczywiście duchowa.
Kiedy już mieliśmy dość tego „przyjemnie” postanowiliśmy znaleźć kawałek miejsca na nocleg, bo tutaj nie bardzo było gdzie rozbić namiot. Dzień powoli się kończył, słońce, zmęczone po całym dniu pracy, zaczęło dyskretnie się wycofywać z nieba, a my znowu szukamy, tym razem miejsca na nocleg. Jest, jest kawałek zacisznej plaży z morzem, teraz już szumiącym, no i z drzewami, które przydały się do przywiązania linek od namiotu, tak na wszelki wypadek. Noce nad morzem mają swój urok, i co ciekawe, niby to samo morze, a każda noc jest inna i zawsze potrafi nas czymś zaskoczyć. tym razem szumiące morze i wyłaniający się księżyc, prosto z wody, na początku trochę zawstydzony i nieśmiały, ale z każdą chwilą odważniejszy. Jeszcze na chwilę się zatrzymał, chyba tylko po to aby upewnić się czy jest podziwiany i już zaczyna się wspinać coraz wyżej i wyżej. Teraz już się nie wstydzi, świeci całym swoim blaskiem, którym dzieli się bardzo chętnie z morzem, to jest jego czas, jego chwila. A my, no cóż … leżymy na plaży i zazdrościmy mu, bo też byśmy tak chcieli, chociaż raz w życiu być ponad wszystkim co smutne, złe i bolesne….. trochę zasmuceni zasypiamy.
Nowy dzień, nowa radość, już jesteśmy na nogach i przygotowujemy się do rejsu naszym małym kajakiem wzdłuż brzegu w poszukiwaniu, oczywiście, ciekawych plaż. Zasuwamy namiot i płyniemy, cisza i spokój, tylko my chlupiemy wiosłami, zakłócając ciszę. Próbujemy bez wioseł, ale tak to daleko nie zapłyniemy, z drugiej strony wcale nie musimy daleko płynąć, tu wszędzie jest pięknie, zatem dryfujemy w ciszy i podziwiamy….
Nikt nie podejrzewa, że Litochoro, ta mała, niepozorna miejscowość jest bramą na Olimp, najważniejszego miejsca starożytnej Grecji, gdzie zasiadali greccy bogowie. Czasy się trochę zmieniły, ale Olimp, to Olimp i mamy nadzieję, że może spotkamy któregoś z tych bogów, a może nawet się zaprzyjaźnimy …?
Jadąc wąską asfaltową szosą natrafiamy na klasztor św. Dionizosa, podnoszący się aktualnie z ruin, po niemieckich bombardowaniach, jeszcze z okresu II wojny światowej. Klasztor, pomimo złej kondycji, robi wrażenie: położony u podnóża najwyższych greckich gór, w malowniczym sosnowym lesie i posiadający w niedalekim sąsiedztwie świętą grotę ze świętym źródłem. Postanawiamy gdzieś tutaj przenocować, bo zbliża się zmierzch, a miejsce piękne: las, woda i klasztor na straży.
Dzisiejszy dzień zapowiada się pracowicie, zatem nie marudzimy i ruszamy dalej. Wjeżdżamy na teren Parku Narodowego Olimpu i tu kończy się nasza, wygodna podróż samochodem. Nasza baza wypadowa, to Prioni, małe schronisko z tawerną, wodą i toaletą. Tutaj zostawiamy nasz pojazd i ruszamy na szlak, ruch wyjątkowo duży, co w Grecji jest raczej rzadkością, ale w końcu są to najwyższe i najbardziej znane greckie góry. Do kolejnego schroniska, które jest na wysokości prawie 2100m, mamy kilka godzin marszu i 1500 metrów wspinania w górę. Wbrew pozorom, szlak nie jest bardzo trudny, idziemy przez stary, gęsty las, gdzie można pooddychać pełną piersią i przy okazji podziwiać wspaniałe widoki. Dlatego nie śpieszymy się zbytnio i podziwiamy często, przy okazji odpoczywając. Naszym dzisiejszym celem jest schronisko "A"- Spilios Agapitos, skąd na szczyt, tzn. do bogów już niedaleko, ale jeszcze nie dzisiaj. Postanawiamy przenocować przy schronisku, podziwiając zachód słońca na tle greckiego Olimpu.
Trasa, którą pokonaliśmy wczoraj to była tylko rozgrzewka, dzisiaj czeka nas prawdziwa górska wspinaczka. Dlatego przygotowujemy się solidnie: jemy porządne górskie śniadanie, zakładamy wygodne buty i zabieramy tylko niezbędne rzeczy, głownie zapas wody i ruszamy. Na tej wysokości już nie ma lasów, tylko gdzieniegdzie pojedyncze drzewo i zaczyna się robić wietrznie, chłodno i nieprzyjemnie, widać bogowie greccy nie są zbyt towarzyscy, ale my nie odpuszczamy, skoro wdrapaliśmy się tak wysoko … Skończyły się już nawet pojedyncze drzewa i krzewy, przed nami tylko skały i piargi, po których trzeba ostrożnie, ale pniemy się uparcie w górę. No i doszliśmy … do skrzyżowania, na którym jest malownicza żółta tabliczka z wydrapaną informacją: na lewo Skolio 2912m, a na prawo Mitikas 2918m. i mamy dylemat, jak często w życiu bywa: na lewo dalej, ale łatwiej do wejścia, na prawo bliżej, ale dużo trudniej i bardziej stromo? No i zasadnicze pytanie: gdzie są ci bogowie? Po namyśle decydujemy się jednak na wersję trudniejszą, zwłaszcza, że Mitikas to najwyższy szczyt Olimpu, jeśli szukać Zeusa, to tylko tam. Zaczynamy się wspinać, nie ma żartów, po drodze natrafiamy na tabliczkę poświęconą pamięci jednemu z tych, którym się nie udało, ciarki przechodzą po plecach, ale … idziemy. Nie było łatwo, ale dotarliśmy i powiem, było warto, jesteśmy powyżej chmur, ja osobiście pierwszy raz tak na nogach, a nie samolotem. Teraz już wiem, dlaczego często greccy bogowie byli przedstawiani na obłokach chmur, ale … zaraz gdzie oni są? Niestety nie zastaliśmy żadnego z nich, pewnie wyszli, następnym razem powinniśmy się chyba zapowiedzieć wcześniej. Pomimo braku boskiego towarzystwa i ambrozji, widok jest niesamowity, no i świadomość, że jesteśmy na dachu Grecji. Wpisujemy się, na odchodne, do księgi pamiątkowej, krótką sentencją, po polsku oczywiście: "Bóg nie znał umiaru, kiedy tworzył świat …" co w tym miejscu nie jest żadną przesadą.
Opuszczamy Olimp, chętnie zostalibyśmy tutaj dłużej, ale … niestety czas wracać do świata zwykłych, szarych ludzi. Pozostawiamy zatem bogów z ich boskością i jedziemy dalej …
.jpg)
W Polsce wyprawa na grzyby to zwyczajna rzecz, natomiast w realiach greckich to pełna egzotyka. Nie znaczy to, że w Grecji nie ma lasów, owszem są, ale w dużej mniejszości i grzyby są generalnie rzadkością, dlatego prawdopodobnie nie ma tutaj również tradycji grzybobrania. Ostatnio w rozmowie ze znajomą greczynką, kiedy stwierdziłem, że byłem na grzybach, usłyszałem, że „ po co chodzić do lasu, skoro grzyby są w supermarkecie…” No właśnie; po co chodzić do lasu?
Ale może zacznę od początku. Piękny słoneczny poranek, dworzec kolejowy w Atenach, podjeżdża pociąg i wsiadam gotowy na … przygodę. Po dwudziestu minutach jestem w Agios Stefanos, skąd już krok do lasu, no i do ewentualnych grzybów. Zaopatrzony w rower i prowiant, bo na surowych grzybach raczej nie wyżyję, jadę beztrosko polną drogą przy udziale oczywiście pięknej słonecznej pogody. Czyste powietrze, cisza i zieleń zbliżającego się lasu, czegóż więcej potrzeba, po zatłoczonych i zabrudzonych Atenach. Grzyby to tylko pretekst do tej całej wyprawy, ale na razie to tajemnica. Szczerze mówiąc, pierwszy raz wybrałem się w Grecji na „prawdziwe’ grzybobranie i mam pewne obawy. Co prawda las jest, nieduży, ale jest, może przez przypadek będą też grzyby. Z nadzieją ruszam w leśną gęstwinę, no może z tą gęstwiną to przesadziłem, ale krzaki są i to kolczaste. Słońce grzeje, krzaki drapią ile wlezie, grzybów na razie nie widać, a ja … jestem szczęśliwy, wiem, że to nienormalne, ale po kilku latach pobytu tutaj cieszą rzeczy, które w Polsce nie zawsze cieszyły. Jak już nadmieniłem, przedzieram się szczęśliwy przez las, i w tej pełni szczęścia nie zauważyłem GRZYBA, prawdziwego polskiego grzyba. Zaniemówiłem, on zresztą tez, przedstawiłem się, on również, no i … zabrałem go ze sobą, nie protestował. Okazało się, że było ich więcej i musiałem zabrać wszystkie. Chodząc po lesie, przedzierając się przez krzaki, niejednokrotnie na kolanach, zapomniałem o bożym świecie, czas stanął w miejscu i patrzył na mnie z rozrzewnieniem. Zdarzają się czasami w życiu takie magiczne chwile, kiedy mamy wszystko i nie chcemy już nic więcej. Z jednej strony, zwykły las, trochę słońca, śpiew ptaków, a z drugiej uczucie czegoś wspaniałego, czego tak na prawdę nie rozumiemy. Stworzyliśmy cywilizację, w której zamknęliśmy się jak w klatce i boimy się z niej wychodzić… dlaczego?
Wszystko się kończy, moja wyprawa do lasu po przygodę również, no i czas wracać do wielkomiejskiej rzeczywistości. Wracam, ale cząstkę tego co zobaczyłem i co doświadczyłem mam ze sobą … w pamięci i w sercu, nie liczę zabranych grzybów, bo one bliżej żołądka. Jeżeli tylko czas i pogoda pozwoli, tzn. będę się starał o pozwolenie, to na pewno wrócę w te … kolczaste krzaki, kto by tam patrzył na takie drobiazgi jak podrapane ręce czy twarz?
Tagi: europa , Grecja , Agios Stefanos
Zaczęło się wczoraj jak w zwyczajną niedzielę, taka "leniwa niedziela" jak śpiewał K. Daukszewicz, ale to były tylko pozory. Nikt nie przeczuwał, że czeka na nas morze i nie odkryte, dziewicze, nietknięte ludzką stopą lądy i zatoki z plażami pełnymi tajemnic. Skoro już znależliśmy morze i zapakowaliśmy na naszą łajbę prowiant i wodę (lukozada i sok jabłkowy) niestety zapomnieliśmy o rumie, czas było wypłynąć. Nikt nas nie żegnał na kei, nikt nam nie pomachał załzawioną chusteczką do nosa (przypis autora), ale byliśmy twardzi jak prawdziwe wilki morskie. Brzeg oddalał się coraz bardziej, nie oglądaliśmy się za siebie, wiosłowaliśmy mocno, rytmicznie, w nadziei, że ląd do, którego dopłyniemy okaże się bogaty w bogactwa. Płynęliśmy z wiatrem, poprzez fale, woda morska zalewała nam oczy, ale my niezłomnie parliśmy do przodu, czasem tylko ktoś "szpetnie zaklął po francusku" z brzydkim grymasem na twarzy.
Kiedy już straciliśmy nadzieję, że zobaczymy ponownie ląd, ktoś zawołał (chyba Agnieszka) "ziemiiiiia". Nie masz pojęcia jaka to radość, po prawie godzinie wiosłowania zobaczyć znowu ląd. Radość nasza była ogromna, dobiliśmy do brzegu, mogliśmy ponownie stanąć prawie suchą nogą na ziemi. Ziemia okazała się w sumie mała, coś około 10m2, ale kto by na to zważał, to była nasza plaża i to my ją odkryliśmy, nie było tylko żadnych tubylców i nie było kogo cywilizować, ale może to i lepiej, by my też z tym ucywilizowaniem czasami szfankujemy.
Po zabraniu bogactw, wyruszyliśmy w drogę powrotną. po ustaleniu kierunku powrotu, a zdania były podzielone, z obrażonymi minami wypłynęliśmy na pełne morze. Płynęliśmy chyba w dobrą stronę, bo wiało nam wbrew tzn. w twarz. Dopiero teraz okazało się ile w nas z tego "wilka morskiego" fala się wzmogła, wiatr i słona woda siekła nas po twarzy. Na szczęście "w tych okolicznościach przyrody" nikt nie widział łez, które uparcie cisnęły się do oczu. My tzn. Waldek i ja, Ci fizyczni, wiosłowaliśmy ile sił w naszych wątłych ramionach, a Agnieszka modliła się żarliwie o zmianę pogody. no i ... zdarzył się cud: wiatr ustał, morze ucichło i szczęśliwie wróciliśmy do naszego rodzinnego portu, z którego wypłynęliśmy tak dawno temu. rozładowaliśmy nasze skarby, doszło do drobnego incydentu przy podziale, ale o tym nie będę wspominał, bo i po co? Cali i szczęśliwi wróciliśmy do domu z pierwszej wyprawy odkrywczej. na pewno nie ostatniej.
Wczesny poranek, senna plaża, morze i … przygotowania do wyprawy morskiej. Jeszcze wszystko wokół śpi, nawet morze przeciąga się sennie po nocy, która była stanowczo za krótka. Jednak słońce stanowczo i zdecydowanie wspina się w górę zapraszając nas na kolejną wakacyjną przygodę. Zatem zbieramy się w sobie, pakujemy prowiant i ruszamy przed siebie, budząc się z każdym kolejnym uderzeniem wiosła.
Poranek na morzu, kiedy słońce jest jeszcze nisko nad horyzontem, a wiatr leniwie marszczy fale, jest najpiękniejszą porą na „wycieczki’. Tylko wtedy morze ma taki niepowtarzalny kolor, który trudno określić słowami; turkus, błękit, zieleń razem z promieniami słońca, coś pięknego. Płyniemy leniwie, podziwiając te cuda natury, które otaczają nas ze wszystkich stron, także z dołu, bo woda wyjątkowo czysta i pozwala zajrzeć do swojego wnętrza zdradzając swoje najgłębsze tajemnice. No, ale to dopiero początek dzisiejszych atrakcji, bo celem naszej podróży jest „błękitna laguna” ukryta w jednej z zatoczek, tylko jeszcze nie wiemy w której? Jak na Grecję to raczej rzadkość, dlatego wypatrujemy jej z niecierpliwością, chociaż na razie tylko skały i kamienie. Jest, … ukryła się, ale mamy ją i powiem, że warto było jej szukać, wyjątkowe miejsce. Piasku tutaj stanowczo za dużo jak na Grecję i nadmiar ten spowodował powstanie wielu plaż wydmowych o bardzo łagodnych piaszczystych brzegach tworzących laguny. Jako ciekawostkę powiem, że został utworzony tutaj Park Narodowy, którego główną atrakcją są lęgowiska żółwi, no i same żółwie, oczywiście. Dodatkowo, w związku z tym, że piasek to materiał raczej lotny, przez wiele, wiele lat, natura przesypując go z miejsca na miejsce tworzy często dziwne i ciekawe rzeczy. Akurat tutaj, efektem tej zabawy w „piaskownicy” jest kawałek morza, który został w naturalny sposób odcięty od całości i stał się w sumie jeziorem, tyle, że słonym. Grecy nazywają to zjawisko „limnithalasa” tzn. jezioro morskie, które nie zdarza się zbyt często.
Szczerze mówiąc, pierwszy raz znalazłem się w takim miejscu, gdzie piasku jest tyle samo co wody, do tego słońce i można powiedzieć, że jesteśmy w raju. Płytka woda jest tak ciepła, że można sie wygrzewać w niej bez końca, ogarnia nas taka błogość i lenistwo, że zastanawiamy się już, czy nie rozbić tu jakiegoś szałasu i wzorem rozbitków utknąć tu na amen, zapominając o bożym świecie. Kusząca opcja, ale … no, cóż, zwycięża poczucie obowiązku i wracamy, chociaż niechętnie. Odbijając od brzegu, pozostawiamy za sobą piasek, wydmy i jak na Grecję przystało ruiny zamku na wzniesieniu. Podobno był to pałac Nestora, tego od wojny trojańskiej, i zawitał tutaj podobno Telemah, kiedy tułał się po okolicznych morzach szukając ojca, który się lekko spóźniał z powrotem do domu. Grecja to dziwny i piękny kraj jednocześnie, gdzie świat realny przeplata się z mitami na każdym kroku, nawet w raju.
Wracamy lekko zasmuceni, ale jednocześnie szczęśliwi, że mogliśmy doświadczyć chociaż namiastki szczęścia. Szczęścia, które jest tak blisko, a jednocześnie tak … daleko.
Tagi: europa , Grecja , Peloponez , limnithalasa
![]()
Póżne popołudnie, przejeżdżamy właśnie przez małą rybacką osadę, gdzie zatrzymujemy się na kawę, bo pora po temu słuszna. Pod ogromnym platanem, na centralnej platiji, właściwie jedynej platiji w Pylos, pijemy kawę, podziwiając mały port rybacki, no i oczywiście morze. Po drugiej stronie placu imponujący pomnik, z dwiema armatami po bokach, poświęcony angielskiemu admirałowi, któremu było Codrington. Zaraz, ale skąd tu angielski admirał? Na zapyziałym południu Grecji, prawie na końcu świata.
Jedziemy już dalej, naszym dzisiejszym celem jest plaża z widokiem na najbliższą wyspę Sfaktiria, no i jeśli się uda, dopłynięcie do tej wyspy lub przynajmniej opłynięcie. Kiedy docieramy na miejsce, nie jest jeszcze za póżno na wyprawę, zatem wodujemy kajak i ruszamy. Wyspa robi imponujące wrażenie, wydaje się niedostępna, wszędzie pionowe ściany skalne, nie wygląda na zasiedloną. Woda wokół ma dziwny, ciemny kolor, musi być głęboko, ciarki nas przechodzą, zwłaszcza, że dzień powoli się zbiera do odejścia. Kiedy już myśleliśmy, żeby zawrócić, przed naszymi oczami, na szczycie wyspy, pojawia się maszt z flagą, tzn, resztkami flagi, ale jest to … flaga rosyjska. No i są schody, którymi po zboczu można się dostać na górę. Decyzja jest jednogłośna, idziemy, jeżeli są schody, to są też ludzie, a na pewno kiedyś byli. Schody raczej rzadko używane, zarośnięte krzakami, zatem wspinanie na górę jest raczej bolesne, ale nie niemożliwe. Jesteśmy już na górze i nadal przedzieramy się przez kolczaste krzaki i nagle, jak nożem uciął, wychodzimy na dużą polanę, na której, nie uwierzysz, stoi oryginalna, drewniana, … rosyjska cerkiew. Taka jak z rosyjskich bajek, tak nierealna w tym miejscu, ale jest. Obok pomnik poświęcony rosyjskim marynarzom, którzy swego czasu „tutaj” zginęli. Za dużo tych dziwnych rzeczy, jak na jeden dzień, po powrocie postanowiłem sprawdzić, co tam się wydarzyło, no i już wiem.
W 1827 roku na tych wodach miała miejsce wielka bitwa, pomiędzy ówczesnymi mocarstwami europejskimi: Anglią, Rosją i Francją, a z drugiej strony; Turcją, Egiptem i Tunezją. Bitwa ta miała „przez przypadek” ogromne znaczenie dla okupowanej wtedy przez Turków Grecji. Dlaczego, „przez przypadek”? Flota sprzymierzonych miała tylko przypilnować statków tureckich, ale, jak to zwykle bywa, ktoś nie wytrzymał nerwowo i teraz na dnie można znaleźć wiele wraków statków, przeważnie tureckich. Turcy ponieśli sromotną klęskę i przyczyniło się to w ogromnym stopniu do odzyskania niepodległości przez Grecję. Flotą dowodził wiceadmirał Edward Codrington, stąd pomnik w Pilos. Przy okazji zginęło „trochę” marynarzy, którym postawiono pomnik „ku pamięci” na pobliskiej wyspie, a że jak jest pomnik to pomodlić się wypada, pobudowano cerkiew, żeby daleko nie chodzić.
Może trochę za dużo tej historii, w końcu są wakacje, ale czasami warto wiedzieć, gdzie się bywa i co się ogląda, no i … na dłużej pozostaje w pamięci
Mijając niewielką osadę o nazwie Diru nikt nie podejrzewa, że niedaleko, bo zaledwie kilka kilometrów dalej, nad brzegiem morza, znajdują się jedne z piękniejszych jaskiń w Europie o nazwie zapożyczonej właśnie od tej miejscowości; jaskinie Diru. Jest wyjątkowo ciepły dzień, słońce greckie nie zna litości, pogoda wyjątkowo plażowa, ale nie dla nas, nie dzisiaj. Zaplanowaliśmy „wyprawę do wnętrza ziemi” i jesteśmy, chyba, na dobrej drodze, tzn. jedynej drodze, która kręcąc raz w prawo, raz w lewo prowadzi nas nieuchronnie do… chyba już blisko, bo natrafiamy na kolejkę pojazdów, które też chcą do „wnętrza”. Czekamy cierpliwie, chociaż atmosfera bardzo napięta, jak to w Grecji. Ktoś próbuje kierować ruchem, ale robi więcej zamieszania niż zamierzał, zaczyna się „grzeczna” wymiana zdań, po grecku oczywiście. Dowiadujemy się, tak przy okazji, co kto o kim myśli i gdzie go ma, cały czas po grecku.
W końcu sytuacja się normalizuje i udaje nam się kupić bilety, zaparkować samochód i stanąć grzecznie w kolejce do łódki. Tak „do łódki”, bo nie wspomniałem wcześniej, ale jaskinie owe są w większości zalane wodą, co dodaje im tylko uroku, ale nie pozwala na wędrówki piesze, wpław tez nie bardzo, bo temperatura wody 140C, raczej zimna. Nareszcie, zostajemy wyposażeni w kask i kapok i wsiadamy do barki, która poniesie nas w głąb ziemi, a dokładnie jaskini.
Grecy nazywają te jaskinie „cudem natury”, który przez wiele stuleci, po cichutku, kropelka, po kropelce się tworzył, aby po 1949 roku ujawnić się szerokiej publiczności, tzn. najpierw „panom” speleologom, a dopiero póżniej reszcie śmiertelników. W każdym razie cierpliwość tych kropelek, które kapały sobie przez tyle lat, przyniosła wspaniały efekt. To co możemy podziwiać teraz, płynąc przez kolejne zakamarki jaskini, jest nie do opisania. Różnorodność form, kolorów i kształtów jest niesamowita, dodatkowo podświetlona odpowiednio, tworzy magiczną atmosferę. Można zapomnieć o świecie realnym, który pozostał gdzieś nad nami i wcale nam się nie śpieszy, żeby do niego wrócić. W sumie to po co, skoro tutaj tak pięknie, z jednej strony tajemniczo i grożnie, ale z drugiej niesamowicie i nierealnie. „Pan” który pilotuje łódkę próbuje nam mówić i tłumaczyć co widzimy, ale myślę, że niepotrzebnie, chyba, że ktoś ma problemy z rozróżnianiem kolorów, bo do tego ogranicza się elokwencja pana pilota. W każdym razie nie udało mu się przeszkodzić w odbiorze tego co widzimy ,przed sobą, ponad sobą, po bokach i z tyłu. W sumie to wszędzie jest coś wartego uwagi, a trudno się rozdwoić, zwłaszcza, że łódka płynie dość szybko. Podejrzewamy nawet, że panu prowadzącemu ten pojazd, chyba się gdzieś śpieszy, ale gdzie? nie ustaliliśmy, niestety. Po prawie 30 min. Zawijamy do portu i tu niespodzianka, to wcale nie jest koniec naszej „wyprawy do wnętrza ziemi”, teraz resztę trasy możemy przebyć suchą stopą, i nikt nas nie pilnuje i nie pośpiesza. Można w końcu spokojnie popatrzeć na te cuda natury, można zrobić parę zdjęć, które niestety nie oddają rzeczywistego piękna, ale zawsze. Chodzimy tam i z powrotem i wcale nie zbliżamy się do wyjścia, a może nie chcemy się zbliżyć, jest tu jakaś magiczna atmosfera, hipnotyzująca i wciągająca bez pamięci …
Proszę się nie martwić, udało nam się wydostać na powierzchnię, przecież bym o tym nie pisał, gdybym utknął w tych jaskiniach na amen. Cóż mogę powiedzieć na podsumowanie, chyba tylko to, że: „ Bóg nie znał umiaru, kiedy tworzył świat” …
Tagi: europa , Grecja , Jaskinie Diru
![]()
Jest upalne, greckie południe, wspinamy się krętą, asfaltową drogą, która nie chce się skończyć. Cały czas jedziemy na południe, bo celem naszej podróży jest, ni mniej ni więcej, tylko … „koniec świata”. Jeszcze jeden zakręt i jest, w pełnej okazałości, przylądek Tenaro zwany również „końcem świata”. Już starożytni Grecy twierdzili, że właśnie tam jest zejście do Tartaru, to właśnie tutaj grecki heros Herakles zszedł do Hadesu, aby schwytać i ujarzmić Cerbera strażnika krainy umarłych. My w każdym razie, nie zatrzymujemy się, skoro dojechaliśmy już tak daleko … Zjeżdżamy teraz na dół, kierując się widokiem morza przed sobą, dopóki jest droga, to są też ludzie, tak myślę.
No tak, dopóki jest droga, ale ta się właśnie wzięła i skończyła, przed nami tylko ślad wydeptanej ścieżki, który urywa się za najbliższym wzniesieniem. „Raz kozie śmierć”, jak mawiali starożytni Grecy, pakujemy wodę, zakładamy wygodne buty i przed siebie. Nikt się nie boi, co tam brama do piekła, nie w takich miejscach już bywaliśmy. Na początku trasy natrafiamy na resztki świątyni Posejdona, to jeszcze z czasów Spartan, niestety w okresie Bizancjum przebudowano ją na kościół chrześcijański, który, nawiasem mówiąc, funkcjonuje do dzisiaj. To były ostatnie ślady ludzkiej działalności, teraz idąc przed siebie widzimy tylko góry i w oddali morze. Na szczęście jest piękna, słoneczna pogoda, może nawet za piękna, bo wędrówka robi się lekko męcząca, dobrze, że zabraliśmy ze sobą zapasy wody, bo kto wie? Po krótkim odpoczynku i uzupełnieniu płynów ruszamy dalej i jest nagroda… Pojawia się w oddali kopuła latarni morskiej, błyszcząca w słońcu, jakby była ze złota, z różą wiatrów na szczycie. Przyśpieszamy kroku, teraz już pewniej i odważniej maszerujemy, może to piekło nie jest takie straszne, jak go malują?
Docieramy do latarni, która jest sprawną i aktualnie funkcjonującą latarnią, niestety nie można do niej zajrzeć, zamknięte. No i jesteśmy na „końcu świata”, najdalej na południe wysunięty punkt Grecji i jednocześnie Europy, dalej już nie da rady. Jako ciekawostkę mogę powiedzieć, że na wodach, które mam przed sobą w 1941r rozegrała się poważna bitwa morska pomiędzy flotą angielską, a włoską, która została zresztą pokonana. Ciekawe uczucie znaleźć się w takim miejscu. Nie bez powodu starożytni twierdzili, że tu kończy się świat. Przed nami tylko horyzont morza, za którym nie ma nic więcej. Nawet teraz, wiedząc, że coś tam jest, uczucie jest to samo, dziwne? Za zejściem do piekieł za bardzo się nie rozglądamy, bo i po co? Wystarczy, że Herakles tam się zapuszczał, nam tam w sumie nie po drodze.
Są na Ziemi jeszcze miejsca, w których można poczuć się „inaczej” niż normalnie. Podobnie czułem się rok temu, kiedy wszedłem na najwyższy szczyt Olimpu, wyżej w Grecji już nie można, ale to już całkiem inna historia …
Tagi: europa , Grecja , Cape Tenaro , Metapan
Może na początek zacznę od paru słów o sobie: od prawie sześciu lat mieszkam w Grecji, a dokładnie w Atenach i szczerze mówiąc dopiero tutaj znalazłem to, czego szukałem. To atmosfera i klimat śródziemnomorski sprawił, że zasmakowałem w podróżach i wyprawach; pokochałem morze i góry, których w Grecji nie brakuje. Gdy tylko mam okazję to odkrywam ten piękny kraj, w którym jest wiele wspaniałych miejsc, nie tylko morze i plaża, chętnie podzielę się moimi odkryciami.
Może na początku zaproszę na spacer po Atenach, a dokładnie po najstarszej części Aten po Place:
Plaka ... na spacerze.
Na początek w ramach wyjaśnienia: Plaka to jest najstarsza część Aten, jak mówią sami ateńczycy, dzielnica bogów, znajdująca się dokładnie pod samym Akropolem. Jest ona chyba najczęściej odwiedzana przez turystów, którzy choć w małym stopniu, chcą doświadczyć atmosfery Grecji sprzed wielu, wielu lat. Czy to się udaje? No cóż … często tam bywam i zawsze to miejsce mnie zadziwia, gdzie „dzisiaj” jeszcze nie zawsze nadąża za „wczoraj”. Wędrując wąskimi uliczkami pełnymi sklepów z pamiątkami i turystów z całego świata, można zapomnieć o szarości dnia codziennego. Kawiarnie, restauracje czy tawerny wabią swoim klimatem i zapachem potraw, których jeszcze nie znamy. Znużeni, możemy przysiąść i posłuchać katarynki, czy ulicznego grajka i się zamyślić … Galeria kolorów, wszechobecny gwar i ślady minionych wieków co krok, sprawiają, że przenosimy się w inny świat, inny czas. Centrum Aten, XXI wiek, a człowiek nagle zapomina o tym i ulega czarowi i mocy tego miejsca. Nawet ewidentne ślady naszej, tak wszechobecnej cywilizacji, nie przeszkadzają w tym, wręcz odwrotnie, tak bardzo nie pasują do tła, że się ich po prostu nie zauważa. Spacerując, jak już wspomniałem, przenosimy się w czasie podziwiając świetność i wielkość kultury sprzed kilku tysięcy lat. Oczywiście największe wrażenie robi Akropol, trochę niekompletny i lekko zniszczony przez czas i niestety ludzi. Jednak nawet dzisiaj pozostałości budowli na wzgórzu robią wrażenie: Partenon, świątynia poświęcona Atenie, przytłacza swą wielkością, Erechtejon z Kariatydami, urzeka swoim pięknem, a poniżej, u stóp Akropolu, teatr Dionizosa przypomina, że właśnie tutaj narodził się grecki dramat. Któż nie pamięta ze szkoły; Ajschylosa, Eurypidesa czy Sofoklesa, tego od „Antygony”?
Od sztuki już bardzo blisko do filozofii i wolnej myśli, której w starożytnej Grecji tez nie brakowało. Niedaleko na Areopagu, wzgórzu Aresa, ówcześni greccy filozofowie i nie tylko, mogli bez przeszkód głosić swoje poglądy, był to taki starożytny Hyde Park. To miejsce odwiedził również św. Paweł podczas jednej ze swoich podróży misyjnych. Jednym słowem, co krok natrafia się tutaj na miejsca, które miały ogromny wpływ na świat, w którym żyjemy aktualnie.
Właśnie ta świadomość sprawia, że czuje się tutaj dziwnie, ale jednocześnie jestem dumny, że mogę tu być, że mogę tu spacerować, kiedy tylko mam ochotę. Może takich miejsc jest na świecie więcej, ale Plaka jest niepowtarzalna, gdzie czuje się historie z jej całą siłą i mocą, z jednej strony tak odległą, a jednocześnie tak aktualną i żywą.
p.s. zapraszam do albumu...